Konrad Błaszak

Ten tekst jest pierwszym „czymś”, co robię w sieci od kilku tygodni i czuję się z tym nadzwyczaj dobrze.

Jeśli obserwujecie mnie od dłuższego czasu, to wiecie, że jedyną stałą rzeczą w moich internetowych działaniach są zmiany. Często nieprzemyślane, robione pod wpływem emocji czy po prostu zdecydowanie za szybko i bez większego planowania. Te wszystkie ruchy jeszcze jakieś można byłoby znieść, gdyby nie fakt, że często dość szybko odpuszczałem. Dzięki temu moje rewolucyjne zmiany były rewolucyjne tylko przez kilka dni, a potem umierały.

Najczęściej kończyło się to odpuszczeniem na jakiś czas, ale zamiast rzeczywiście odpocząć, a dopiero potem przemyśleć co poszło nie tak, ja chciałem działać, albo przynajmniej zamartwiać się tym, że tak się stało. To było najgorsze, gdyż ani nic nie ruszało do przodu, ani nie miałem nawet chwili spokoju.

Siedziałem w domu i tylko zamartwiałem się sytuacją coraz mocniej. To mnie nakręcało jeszcze bardziej i gdy rzeczywiście wracałem do robienia czegokolwiek, byłem zmęczony samym sobą.

Mogę śmiało powiedzieć, że od 30 stycznia 2012 roku – ponieważ wtedy są moje umowne początki blogowania, chociaż w sieci działałem już nieco wcześniej – praktycznie nie miałem przerwy. Nawet jak nie pisałem, to i tak myślałem o tym niezwykle intensywnie. Nie wiem kiedy wrzucę ten tekst, ale to daje jakieś dobre 9 lat ciągłego zamartwiania się tym samym (wyszło nieco więcej niż 9 lat, ponieważ tekst ląduje na blogu dopiero teraz).

To potrafi zmęczyć.

W ostatnich tygodniach zrobiłem sobie przerwę i choć nie wiem, jak mi się to udało, nie miałem żadnego parcia na pisanie czy tworzenie czegokolwiek. Nie myślałem o tym, nie zamartwiałem się, nie miałem kompletnie żadnej spiny, że to wszystko stoi w miejscu, a ja nic z tym nie robię. Nie pamiętam takiego stanu od… chyba nigdy takiego nie miałem.

Dla wielu z Was to kompletna głupota, ale w końcu udało mi się odpocząć od tworzenia czegoś na siłę. Od zmuszania samego siebie do działania, gdyż w ostatnich latach to był mój plan na życie. Od dobrych kilku lat chciałem zostać pełnoetatowym blogerem, który może tworzyć świetnie materiały, a przy okazji zarabiać na tyle dobrze, żeby nie musieć martwić się finansami. Większość działań w ostatnich latach miała przybliżyć mnie do tego celu, ale jak już wiecie z początku tego wpisu, tak się raczej nie stało.

Nie jestem aż taką marudą i jakieś wzloty też miałem, lecz patrząc na to wszystko bez emocji, moje blogowanie mogę uznać za raczej nieudane, przynajmniej patrząc pod kątem bycia planem na życie. To oczywiście była świetna przygoda i niezwykle ciekawe doświadczenie, ale to tyle.

Obecnie wracam odpoczywać.

Po tych kilku latach muszę zdać sobie sprawę, że albo zmienię moje podejście do działania w sieci, albo nigdy nie osiągnę tego co chcę. No i będzie to wpędzać mnie w jeszcze większe poczucie winy, że marnuje swoje życie na coś, co mi nie wychodzi.

Dlatego zmiana jest jedynym wyjściem, ale chyba na razie nie chcę jej robić. Nie chcę też działać, chcę odpocząć i zobaczyć co z tego wyjdzie. Nie wykluczam, że za jakiś czas będę całkiem zwyczajnym użytkownikiem Instagrama, które wrzuca raz na dwa tygodnie jakieś selfie i kompletnie nie przejmuje się tym, ile lajków za nie dostanie. Możliwe, że tego bloga, kanału na YouTube i moich innych sociali za jakiś czas już nie zobaczycie, ale może będzie całkiem odwrotnie. Bez obietnic, bez planów, bez żadnych innych konkretów.

Po prostu lecę grać w planszówki i cieszyć się tym, że nikt niczego ode mnie nie oczekuje. A przede wszystkim, że ja niczego od siebie nie wymagam i nie zadręczam się tym, że nic nie robię.

Czasem warto nic nie robić. Tak po prostu.

No i się skończyło… odpoczywanie!

Tekst zacząłem pisać w styczniu, ale ten fragment powstaje dopiero teraz (marzec). Odpocząłem, odpuściłem wiele tematów i nawet zastanawiałem się, czy przedłużać domenę, ale wygląda na to, że jednak czegoś mi brakowało.

Cieszyłem się spokojem, tą wolnością od parcia na bycie online, od bycia twórcą, od robienia czegokolwiek. Jednocześnie coraz mocniej rosło we mnie uczucie, że może fajnie byłoby coś napisać, może nagrać, a może zrobić coś jeszcze innego.

No to jestem.

Jeśli meteoryt na mnie nie spadnie, w tym miesiącu będę mieć swoje wymarzone od wielu lat biuro. Nie biurko ustawione w kącie pokoju, ale prawdziwe biuro. Cały pokój do mojej dyspozycji, zrobiony według mojego planu i będący moją przestrzenią twórczą.

To spełnienie marzenia, które kiełkowało we mnie od kilku lat. Chyba nie mogę odpuścić skoro w końcu będę mógł je zrealizować, prawda?


Zdjęcie: Lukas Rychvalsky [Unsplash]

Nie zapomnijcie wbić na mojego Instagrama!

Bloger, harcerz, sinolog, pasjonat smartfonów i osoba, która zakochała się w Instagramie. W sieci od dobrych kilku lat, zaczynał od lifestyle’u, ale to technologie wciągnęły go na dłużej.

Next Post