Konrad Błaszak

W ostatnich dniach rozgorzała dyskusja o tym, że influencerzy żebrzą o jedzenie. Nie da się ukryć, że bywa i tak, ale czy restauracje są święte? Czy one często nie żebrzą o zainteresowanie?

Bloger jedzeniowy ze mnie żaden, ale miałem w swoim życiu etap, w którym pisałem o knajpach. Nie był on specjalnie długi, ale był i to jest ważne w tej sytuacji. Co jeszcze istotniejsze, w tej mojej krótkiej karierze recenzenta, dostałem jedną propozycję współpracy barterowej:

Moim zdaniem, nic wielkiego. Ba, skorzystałem z tej propozycji, a napisałem tak jak czułem. Czytelnicy oczywiście zostali poinformowany o fakcie, że dostałem zaproszenie. Gdybym wytrzymał w pisaniu nieco dłużej, pewnie dostawałbym więcej takich ofert, a na niektóre bym się zapewne zgadzał.

Dla restauracji koszt takiego zaproszenia jest praktycznie żaden, a potencjalne zyski mogą być bardzo duże!

Czemu jednak o tym teraz opowiadam? Pewnie część z Was już się domyśla. W ostatnich dniach na Instagramie oraz różnych portalach przewijają się zrzuty ekranu, na których to influencerki piszą do restauracji Cały Gaweł w Sopocie z propozycją „współpracy”.

Plan jest prosty, influencerki dostają darmowy obiad dla siebie i znajomych, a w zamian za to oferują wrzucenie informacji o restauracji na swojego Instagrama. Jeśli chcecie zobaczyć te propozycje, rzućcie okiem na profil knajpy: @calygawel.

No dobra, w wielu przypadkach taka współpraca będzie dla restauracji nieopłacalna, ponieważ fani mogą być z drugiego końca Polski lub mogą kompletnie nie interesować się tematem jedzenie na mieście. Z drugiej jednak strony, jeśli daną influencerkę obserwują osoby z Trójmiasta i okolic lub wybierają się na Openera (bo przy okazji tego festiwalu takich próśb pojawiło się więcej), to taka promocja może być całkiem ciekawa.

Ok, argumentem właściciela jest to, że sporo osób płaci za swoje posiłki, a i tak dzielą się pozytywnymi opiniami w sieci. Super, szacun, ponieważ jest szansa, że robią naprawdę fajne jedzenie. Problem mam tylko z tym, że influencerki, które złożyły takie propozycje, zostały zjechane po całości. Rozumiem, że można odebrać je jako żebranie (dej mnie obiad, zrobię Ci Story), ale wiele restauracji bierze z pocałowaniem ręki takie współprace. Tutaj trafiła się osoba, której to się nie spodobało, ale cóż, chyba źle na tym nie wyszła.

Poniżej możecie zobaczyć jak rośnie Instagram restauracji Cały Gaweł w ostatnich dniach. No cóż, napisało o tym między innymi VogulePoland.net, Android.com.pl czy NaTemat.pl.

I kto naprawdę jest żebrakiem?

Sądzę, że zarówno influencerzy, jak i restauracje są żebrakami w takim samym stopniu. Napisanie takiej propozycji może być odebrane z obydwóch stron jako żałosna prośba o odrobinę zainteresowania. Może być też potraktowane jako propozycja mniej lub bardziej atrakcyjnej współpracy.

Ja w swojej blogerskiej karierze dostałem wiele maili z prośbami o publikację różnych tekstów. Przeważnie uzasadnienie było takie, że będzie to atrakcyjny materiał dla odbiorców. Z jednej strony racja, a z drugiej czy nie było to żebranie o uwagę, ale za darmo? Na dużym portalu czy w magazynie firma musiałaby za to samo zapłacić.

Ja wychodzę z założenia, że każda taka wiadomość to propozycja. Nie muszę z niej korzystać. Przeważnie odpisuję krótko, że nie i to zamyka temat.

Czy za każdym razem powinienem wyśmiewać wszem i wobec, że dana marka chciała reklamę u mnie, ale za darmo?!

No cóż, wydaje mi się, że grzeczne NIE wystarczy. A restauracji Cały Gaweł gratuluję reklamy, bo zrobili sobie naprawdę niezłą kampanie reklamową.

Tylko czy pisanie wszędzie o tej sprawie nie było przypadkiem żebraczym wołaniem o uwagę?

To już pozostawiam Wam do oceny.

A na koniec, mogę zaprosić Was na mojego Instagrama. Tutaj nie żebrzę, ale wszystkie lajki chętnie przyjmuję!

Something is wrong.
Instagram token error.

P.S. Fajny tekst napisał też o tym Zuch: Firmy żebrały u influencerów zanim influencerzy żebrali u firm

Zdjęcie: Dan Gold (Unsplash)

View Comments

There are currently no comments.
Next Post